Happy teachers make happy classrooms

Mam wrażenie, że ten rok był dla nas, nauczycieli, szczególnie trudny. Strajk w oświacie niektórych do naszego zawodu zniechęcił, innym pozwolił wreszcie przybliżyć trud i wymagania, jakie są nam codziennie stawiane. Wielu wspaniałych nauczycieli, których osobiście cenię i podziwiam postanowiło opuścić szkolne mury i szukać możliwości rozwoju w innych obszarach, często jednak w pewnym stopniu związanych z edukacją.
Przed samymi wakacjami mnie również dopadła frustracja, bezsilność i zwątpienie w sens wykonywanego zawodu. Na szczęście po sporym rachunku sumienia, przemyśleniu własnej postawy, popełnianych błędów i przyszłych możliwych zmian, postanowiłam nie rezygnować i z dużą dawką motywacji podejść do tematu nauczania i rozwoju osobistego na nowo, z całkiem innej perspektywy.



Dla mnie rozwój nauczyciela to nie tylko szkolenia, warsztaty, spotkania z innymi, bardziej doświadczonymi kolegami i koleżankami po fachu, czy literatura branżowa (chociaż wszystkie te elementy są niezwykle ważne). Od pewnego czasu stawiam przede wszystkim na połączenie wyżej wymienionych aktywności z samorozwojem, dbaniem o własne zadowolenie z wykonywanego zawodu i postępowanie zgodnie ze swoimi przekonaniami. Innymi słowy, moje nowe motto brzmi- szczęśliwy nauczyciel tworzy szczęśliwe środowisko dla uczniów i nauczania.

Wyobrażacie sobie czerpać radość z zajęć prowadzonych przez sfrustrowanego nauczyciela? Ja też niezbyt.... Jak zatem spróbować wprowadzić to motto w życie?


1) MINIMALIZM

Całkiem szczerze muszę przyznać, że zarówno ja, jak i moi uczniowie, osiągnęliśmy prawdziwe poczucie komfortu i radości z zajęć, od kiedy postawiłam na nauczycielski minimalizm. Moi kursanci cieszą się, że mogą obserwować swoje własne, realne postępy, ponieważ podczas każdego spotkania, zamiast zasypywać ich milionem rozwiązań/zadań/możliwości/materiałów/wyjaśnień, postanowiłam zaprzyjaźnić się z prostymi rozwiązaniami i najważniejszymi treściami. Ja, jako nauczyciel, czuję wielką radość podczas zajęć, ponieważ stosuję sprawdzone metody, od czasu do czasu "odpicowane", ale ograniczające w pewnym stopniu mój wkład. Nie oznacza to, że na co dzień się lenię. Kiedyś spędzałam wiele godzin na laminowaniu, wycinaniu, przygotowywaniu materiałów itd. Przyznam się, że czułam się wtedy okropnie. Byłam wyczerpana fizycznie i psychicznie, zarywałam noce, a rano nie potrafiłam pozbierać myśli i przeprowadzić zajęć, w które byłabym w pełni zaangażowana. Po zmianie podejścia, zmieniło się również moje poczucie komfortu, motywacja i zadowolenie z codziennej pracy. Obecnie testuję swoje pomysły i zachowuję jedynie te, które sprawdziły się w różnych grupach, z pewnymi małymi zmianami. Od czasu do czasu zaskakuję swoich uczniów czymś niespodziewanym, co nie pozwala im popaść w rutynę. Postawiłam na uczniowskie DIY, niezależnie od wieku. Metoda ta sprawdza się idealnie w prawie każdym wieku. Nawet dorośli uczniowie mają wielką frajdę, kiedy proszę ich o przygotowanie własnych materiałów.
Mniej znaczy więcej, również w edukacji. Staram się wprowadzać materiał partiami, ćwicząc go w różnych kontekstach i dzięki temu unikając poczucia zagubienia wśród uczniów.



2) ORGANIZACJA PRACY

Moje początki w zawodzie nauczyciela były naznaczone wieczną dezorganizacją. Nie wiedziałam jak wyznaczać priorytety, co jest ważne, a co może poczekać. Jak tylko w mojej głowie narodził się jakiś pomysł na zajęcia, od razu musiałam wprowadzać go w życie. Oznaczało to zaniedbanie czegoś innego, co okazywało się dużo ważniejsze. Jesteśmy tylko ludźmi i tak jak wszyscy inni dysponujemy jedynie 24godzinami, w które musimy wpakować życie zawodowe, obowiązki rodzinne i osobiste, czas na regenerację i odpoczynek oraz hobby. Przez moje złe wyznaczanie granic okazywało się, że nie miałam czasu na nic, ale również niczego nie doprowadzałam do końca. Znowu pojawiała się frustracja, przenosząca się również na zajęcia i uczniów.  Zaczęłam to zmieniać stopniowo (nie od razu Beyonce zbudowano 😅). Pomogło mi spisywanie swoich zadań i wyznaczanie priorytetów. Rachunek sumienia pod koniec tygodnia, zebranie w całość planów, rzeczy ważnych i tych, które mogą nieco poczekać. Tutaj zbawienne okazało się również zastosowanie do punktu pierwszego tego wpisu- minimalizmu. Mniej przygotowań pozwoliło mi również na uporządkowanie codziennych zadań. 
Uporządkowałam materiały, zminimalizowałam drukowanie i kserowanie oraz pozbyłam się wreszcie rzeczy, które zalegały mi w mojej nauczycielskiej przestrzeni, a od dawna nie okazywały się użyteczne i przydatne. Wszystko to pozwoliło mi odetchnąć z ulgą i na nowo czerpać radość z pracy.



3) EMOCJE I ENERGIA

Czasem wydaje nam się, że musimy być niczym wulkan energii, żeby zmotywować innych do działania. Często okazuje się to prawdą, ale jaki wpływ ma na nasze samopoczucie? Zawodowo zdarzało mi się wyczerpać całą dzienną dawkę energii podczas zajęć i po powrocie do domu paść ze zmęczenia. W tym obszarze również nie obyło się bez zmian. Nadal uważam, że emocje i energia, które przekazuje nauczyciel lub inni uczniowie, są odczuwane w dużej mierze przez resztę grupy. Dlatego jedno narzekające na lekcje, zniechęcone dziecko, może zdemotywować innych do udziału. Postanowiłam więc rozdzielić dawkę energii, którą sama muszę wydatkować i zaangażować resztę klasy do uwolnienia swoich pokładów energii. Wszystko to jest możliwe poprzez aktywności i ćwiczenia minimalizujące wkład nauczyciela, a aktywizujące grupę. Pewnie nie uda nam się to podczas każdych zajęć. Lekcje typowo gramatyczne w dużej mierze nadal wprowadzam ja, ale już takie odciążenie przy ćwiczeniach, czy praktycznych zadaniach okazało się zbawienne dla mojego samopoczucia. Powinniśmy również jako nauczyciele być w stanie pokazywać, uczyć naszych najmłodszych uczniów, jak modulować emocje. Są sytuacje wymagające dużej ekscytacji i pobudzenia oraz czas na wyciszenie, pracę własną i spokój. Przeplatanie podczas zajęć czy kursów takich aktywności angażujących oba rodzaje emocji pozwoli nam na zbalansowanie atmosfery i ustabilizowanie grupy.





Jednak nie tylko o wydatkowanej podczas zajęć energii chciałam tutaj wspomnieć. Same emocje były i nadal są kwestią, nad którą jako nauczyciel pracuję. Syndrom "żeby tylko mnie wszyscy polubili" towarzyszył mi na początku mojej kariery zawodowej i sporo czasu zajęło mi wyzbycie się tej potrzeby. Ujawniał się zarówno w przypadku moich współpracowników, jak i uczniów. Zgadzałam się na zastępstwa, kolejne obowiązki, ponieważ trudno mi było powiedzieć NIE, nawet jeśli cierpiałam na przesyt obowiązków zawodowych. Po pewnym czasie stwierdziłam, że przecież nie za to ludzi lubimy, a równie ważny jest dla mnie balans między sprawami nauczycielskimi, a życiem prywatnym oraz poszanowanie do samej siebie i swoje czasu wolnego. Podobnie sprawa miała się jeśli chodzi o uczniów. Jak tylko zdarzało mi się uczyć kogoś zdemotywowanego, zniechęconego, podchodziłam do tego niezwykle emocjonalnie, obwiniając siebie. Z czasem zrozumiałam, że nie wszystko jestem w stanie zmienić, a kiedy tylko przestałam się mniej przejmować kwestiami niezależnymi ode mnie odczułam duży spokój i zadowolenie.

Do tematu rozwoju nauczyciela postanowiłam w tym wpisie podejść nieco inaczej. Wszystko dlatego, że podczas rozmów z innymi zauważałam podobne problemy. Co więcej, osobiście uważam, że nigdy nie będziemy w stanie rozwijać się zawodowo, jeśli nie popatrzymy nieco krytycznie na siebie i nie wyeliminujemy niektórych, z pozoru błahych błędów, niedociągnięć.

Pamiętajcie o tym, że szczęśliwy, spełniony nauczyciel, to również szczęśliwy i zmotywowany uczeń!

Na koniec, take it easy, jak mówi myśl przewodnia:


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 English on fleek , Blogger